3°C rozproszone chmury

Powrót do domu

SPOŁECZNE, Powrót - zdjęcie, fotografia

Już od początku marca 1945 roku ciągnęły karawany z dziećmi i całym dobytkiem, ażeby nie dostać się w ręce Rosjan, bali się jak diabłów. Miasto Line i okolice były zatłoczone uciekinierami i wojskami satelitów, które Niemcy z frontu wycofały. Całymi pociągami były zastawione tory na stacji z żywnością, odzieżą i innymi towarami. Więźniów zatrudniono przy przeładowywaniu zboża z wagonów na samochody, a te przewoziły gdzieś do magazynów. Kobiety i większe dzieci podawały worki, żeby im więźniowie nasypali ziarna i chociaż esesmani gonili, to nie dawali rady. Po naszym odejściu wieczorem podobno się ludność rzuciła na wagony i rozgrabili. Myśmy też do lagru sporo pszenicy przynieśli, które na kamieniu się tarło na mąkę, a z niej zupa. W Wielką Sobotę przed Wielkanocą reperujemy tory na stacji, wtem alarm!. Ludność wali do schronu, na końcu sprowadzono nas, lecz do innego przedziału. Tu zetknęliśmy się z więźniami obozu Lineajne, którzy te schrony budowali. Opowiadali nam o warunkach, jakich się znajdują, mieszkają, śpią i pracują w tych samych schronach, jedzenie im przywożą, rano wyprowadzają ich na spacer, śniadanie i do roboty, obiad, wieczorem kolacja, apel i spać.

Była w środku miasta Lineu góra, dość wysoka, o powierzchni około 2 ha, porośnięta lasem sosnowym, podłoże przeważnie piaskowiec. Tu właśnie więźniowie drążyli tu schrony, a gdy natrafiali na żyłę piasku, to obmurowywali cegłą, a ziemię i skruszony piaskowiec wywozili na zewnątrz. Schron miał pomieścić 120 tysięcy ludzi. Był dobrze pomyślany, gdyż miały się tam mieścić rozmaite warsztaty, był niewidoczny, a bomby nie sięgały go przebić. Okazało się, że wyżej wymieniony alarm był fałszywy i odwołanie, więc ludność cywilna, prawie same kobiety i dzieci już prawie wszyscy wyszli. Wtem, z innej strony nalot i bombardowanie. Powstało zamieszanie, krzyk, płacz, huk pękających bomb, a my jeszcze nie zdążyliśmy wyjść. Po nalocie wyprowadzono nas innym wyjściem, żebyśmy nie widzieli, co tam się narobiło, ale zdobyliśmy gazetę, gdzie było podane: 110o zabitych, drugie tyle rannych ciężko. Kilka bomb trafiło na cmentarz i kilku trupów nawyrzucało. Żałoba była zarządzona na cały miesiąc. Po uprzątnięciu zabitych i rannych dopiero nas więźniów zaprowadzono zawalać leje po bombach.

Kiedy fronty z jednej i drugiej strony, zaczęły zbliżać się do Lineu, miasto okopano i założono zasieki, a u nas, w lagrze, sprowadzono wózki na dwóch kółkach i załadowano je częściowo żywnością i rzeczami esesmanów, które więźniowie mieli ciągnąć, bo mieli zamiar ewakuować nas w Alpy, 120 kilometrów, lecz Rada Miejska postanowiła oddać miasto bez boju, więc do ewakuacji nie doszło. Zasieki sprzątnięto, okopy zawalono i czekają.

Rosjanie podeszli 60 km od Lineu i zatrzymali się, a Amerykanie byli 200 km od miasta. Dopiero za parę dni zajęli miasto i nasz lager, 5 maja. Poszli dalej, aby połączyć się z Rosjanami. Widocznie tak było ustalone. Na dwa tygodnie przed wyzwoleniem Himler wydał rozkaz systematyczne niszczenie wszystkich więźniów, sposobem, jaki lagerfirer uzna za stosowny i każdego dnia przysyłać raporty, ilu więźniów zostało zgładzonych. Lagerfirer zwołał naradę, ażeby ustalić sposób niszczenia więźniów. Jego zastępca, a były nasz lagerfirer, któremu więźniowie życie uratowali stanowczo się sprzeciwia, poparli go inni oficerowie, więc powiada a raporty, z czego stworzymy?. Ktoś powiada, są chorzy w szpitalu, można by od nich zacząć i postanowiono chorym zastosować głodówkę, ci stopniowo będą wymierać i raport będzie, z czego zrobić. Zastępca, mając zaufanie do Polaków, skomunikował się z dwoma, jeden był pisarzem w szpitalu potajemnie i opowiedział, jak sprawy wyglądają i zalecił, ażeby chorych, którzy rokują jakąś nadzieję, mogą wyzdrowieć, powypisywać ze szpitala, więc następnego dnia przystąpiono do wypisywania, twierdząc, że tu nie ma dla nich miejsca. Chorzy upierają się, płaczą, lecz szpital opuszczają, a słabszych wyprowadzono, zostają tylko beznadziejni, a było ich przeszło 50 z tym, zastosowano głodówkę. Taki stan rzeczy trwał trzy dni. Niektórzy zdążyli umrzeć. W czasie tych trzech dni Rosjanie zbliżyli się na 60 km, a Amerykanie na 200 km od Lineu. Kagerfirer dostał strachu. Głodówkę odwołano, wypisani chorzy wrócili do szpitala i otoczono ich lepszą opieką i w tm stanie wyzwolenie nastąpiło.

Ostatnie trzy dni już nie pracujemy. 5 Maja. 4 rano, alarm! Pobudka!. Zbiórka na placu apelowym. Tu lagerfirer powiada: Tereny te, a więc i nasz lager będą w zasięgu ognia artyleryjskiego, nie chcemy byście w ostatnich dniach tu polegli od kul, dlatego przeprowadzimy was za Dunaj, w miejsce bezpieczne i tam przeczekamy przesuwanie się frontu. Zostało to przetłumaczone na wszystkie języki. Wtem, występuję jeden z więźniów, Polak i powiada; Jeżeli mamy być zamordowani w miejscu bezpiecznym, to wolimy zginąć tu, na miejscu od kul. Esesmani są zaopatrzeni w drugie tyle amunicji i po dwa granaty każdy, czy to dla naszego bezpieczeństwa?, a oznajmił o tym potajemnie Polaków jego zastępca.

Lagerfirer zastanowił się, skąd więźniowie o tym wiedzą?. Zaczęli sobą dłuższy czas dyskutować, wreszcie zastępca powiada; Na moje słowo honoru, nic złego wam się nie stanie, a esesmani nadliczbową ilość amunicji i granaty zostawią, ale na drugą stronę Dunaju iść musimy. Przeprowadzono nas, przeszło trzy tysiące ludzi przez most wyłącznie kolejowy, niewygodny do marszu. Chorzy i obsługa kuchni pozostali na miejscu. Za mostem maszerujemy drogą pod górę, weszliśmy na niewielka polanę, widać dość duży otwór w skale, do którego musieliśmy wchodzić. Były miejsca, że trzeba było iść chyłkiem, ciemno, idziemy po omacku trzymając się jeden drugiego. Kiedy już wszyscy weszli, kazano nam usiąść, lub się położyć, jak komu wygodniej i czekamy, co będzie dalej?. Wystarczyło otwór zawalić przy pomocy jakiegoś materiału wybuchowego i mogiła gotowa. Z esesmanów żaden tam nie wszedł, wszyscy zostali na zewnątrz przy otworze. Czekamy licząc na słowo honoru dane nam przez zastępcę lagerfirera. Po dwóch godzinach, jeden z więźniów prosi o wypuszczenie go, załatwić się i zezwolono mu, potem drugi i trzeci. Wszyscy wyszli na polanę. Stąd widać, jak wojska amerykańskie po zajęciu miasta posuwają się w stronę naszego lagru. Nasi esesmani zrywają z naramienników trupie główki, a dużo z nich poszło w lasy, niektórzy kapo tak samo. Około godziny 16 przyjeżdża kucharz na rowerze i powiada, że Amerykanie już byli w lagrze i kazali wszystkim wracać, a tu bałagan, nadleciał samolot amerykański i krąży nad nami chcąc się zorientować, co to za ludzie?, a więźniowie czapki w górę i wiwat!, Hura!, Ten pokrążył i odleciał.

Naszych lagerfirerów też już nie było. Został tylko jeden oficer niemiecki, który często chodził z nami na roboty jako komandofirer - fajny chłop, z pochodzenia, Ślązak. Razu pewnego zauważył, że żołnierz uderzył więźnia, to zdawało się, że go po mordzie rozwali i wykrzykiwał: To ten człowiek, za marne żarcie pracuje na rzecz Niemiec, a TY nad bezbronnym się męczysz. Ty bydlaku!, a do nas: No chłopaki! Tak nie może być! Amerykanie bałaganu nie lubią, porządek i posłuszeństwo musi być, i uformował „setki”, jedną za drugą, przydzielając czterech lub trzech żołnierzy i naprzód!. Idziemy z powrotem na ten sam most. Kiedy większa część „setek” była już po drugiej stronie lądu, zajeżdża samochód „gazik” i wysiada trzech oficerów amerykańskich, a wśród nich, także w uniformie amerykańskim, były więzień naszego lagru, major rosyjski, który przed dwoma tygodniami zaginął. Esesmani musieli go całe noce szukać, a w dzień pilnowali pracujących więźniów, to spali na stojąco. Okazało się, że amerykański samolot wylądował w nocy niedaleko naszego lagru, a dwóch niemieckich oficerów wyprowadziło majora i doprowadziło do samolotu i poleciał. Ów major, kiedy wysiadł z samolotu widząc, że Niemcy prowadzą nas jak zwykle zawołał, zdarowo bratey!. Co jeszcze, Was Niemcy prowadzą, Wy powinniście ich prowadzić!. Rosyjscy więźniowie poznali majora i Hura!, Hura!, Hura!, I Niemcom za karabiny, które chętnie oddawali i powstał bałagan, a tu z budynku odległego o około 200 metrów karabin maszynowy jak zacznie do nas sypać, to my chlast, pod nasyp toru kolejowego, a że Rosjanie zdobyli broń i amunicję, więc jeden podoficer obejmuje dowództwo i atakują na ten budynek, a po chwili karabin maszynowy ucichł. Jeden z więźniów został poważnie raniony w nogi.

Teraz Rosjanie zbierają Niemców do kupy, również i kapo i prowadzą do lagru, a my, więźniowie idziemy jak się, komu podoba. W lagrze wydano nam obiad już trochę z mięsem, a potem Rosjanie segregują Niemców na dwie grupy. Pierwszą odprowadzili do komendy amerykańskiej w mieście, a drugą zostawili, bo byli to sami dranie, tepier pogulajem!. J tak gulali, znęcając się aż do samego rana, a niektóre kanalie do południa, rzucani jako klocek pod próg, po którym wchodzono do baraku. Rosjanie mając broń, objęli władze nad całym lagrem. Zaciągnęli wartę przy bramie, obsadzili postynkiety dookoła lagru i nie ma nikt nic do gadania. Wartownik stał na postynkiecie, dokąd mu się nie naprzykrzyło, schodził i szedł z karabinem na szaber, albo gwałcić kobiety. Amerykańskie patrole jeździły i zbierały takich amatorów odwożąc ich do baraków.

My Polacy, widzimy, że może być źle, bo jeszcze przed wyzwoleniem, podczas wolnych i żarliwych rozmów, odgrażali się zapłacić za 1920 rok. W obawie, ażeby im nie przyszło do głowy teraz to uskutecznienie, postanowiliśmy nie czekać, poprzecinano w jednym miejscu druty kolczaste i pojedynczo się wysuwamy, w umówionym miejscu zbiórka, stąd, pod flagą biało- czerwoną maszerujemy do miasta i przez miasto przez nikogo niezaczepiani. Gdy byliśmy jakieś cztery kilometry za miastem naprzeciw nas jedzie motocykl z przyczepą. Zatrzymuje się i my też. Wysiadają Polscy oficerowie, widząc flagę poznali, ze to Polacy. Pytają, skąd, gdzie, po co idziemy, więc mówimy, że z obozu, a słyszeliśmy, że w Raczkowie stacjonuje polskie wojsko (20 km od Lineu), niech się nami zaopiekują. Oni powiadają, że właśnie po nas jadą, żeby nas ulokować w specjalnie dla Polaków przeznaczonych barakach w Lineu, więc zawracajcie i tam pomaszerujemy. Dwóch z nami maszeruje a trzeci pojechał naprzód. Przyszliśmy na miejsce. Baraki przyzwoite, czyste. Rozlokowano nas po salach, dla każdego łóżko. Komendanta zatwierdzono wskazanego przez ogół. Jako opiekunów przydzielono dwóch żołnierzy amerykańskich, jeden z nich mówił po rosyjsku i tym językiem porozumiewaliśmy się. Do nich należało dbać o aprowizację i żeby nie było nadużyć. Tu centrowali się wszyscy Polacy, nie tylko więźniowie, ale i ludzie wywiezieni na przymusowe roboty, nawet kobiety z dziećmi. Tu mieliśmy dużo wolnego czasu. Nauczyciele zajęli się nauką dzieci, których zebrało się z 50. Jakiś profesor prowadził lekcje języka angielskiego, lecz tu było słuchaczy niewielu; to znów, instruktor zorganizował naukę jazdy samochodem, tu było chętnych sporo i ja wśród nich. Kurs teoretyczny ukończyliśmy, ale gdy przyszła pora na jazdę, przyszło zarządzenie. Kto chce, może jechać do kraju i wszystko dostało w łeb. Nie tylko Polacy, ale wszystkie narodowości dostały oddzielny punkt dla skoncentrowania się. Tylko Rosjanie zostali na miejscu, ponieważ ich było najwięcej. Dla rozpoznania narodowości powiewała flaga. Najpierw rozpoczęto ewakuować Francuzów i w przeciągu trzech dni amerykańskie samoloty wywiozły ich do Francji. Była okazja i dla Polaków by wyjechać tam i pierwsza pięćdziesiątka wyjechała. Ja również zgłosiłem chęć wyjazdu do Francji, lecz byłem wyznaczony na drugą turę, lecz w międzyczasie był realny wyjazd do Polski, z Francji zrezygnowałem. Dalsze państwa swoich powywozili samolotami. Rosjanie po swoich przyjechali ciężarówkami, lecz ci niechętnie jechali, musieli ich wyłapywać. Czesi również swoich ciężarówkami wywieźli, skorzystało i wielu Polaków, między innymi Adam Soczewka i Olewczyński z Płocka, którzy byli wywiezieni na przymusowe roboty, a kiedy znaleźli się w Lineu, przypadkowo dowiedzieli się, że Cholewiński z Płocka tu się znajduje, więc mnie odwiedzili.

Amerykanie chcąc, ażebyśmy zmienili pasiaki na cywilne ubrania otworzyli niemiecki magazyn, w którym były używane ubrania, buty i nowa bielizna w dobrym stanie. Było i trochę żywności: mąka, kasza, groch, fasola w puszkach. Trochę żeśmy zafadowali tych rzeczy, a razem z nami rzuciły się miejscowe kobiety i dzieci. Momentalnie magazyn został pusty. Było tam dużo skrojonych i wysuszonych buraków cukrowych. Znaleźli się machery i z tego produkowano cukier.

Oficerowie Wojska Polskiego przy Aliantach często nas odwiedzali i namawiali, aby do kraju jeszcze nie jechali, bo jeszcze na nas nie czas. Gdy przyjechała delegacja z Polski, namawiali do powrotu, bo tam Ojczyzna i rodziny czekają. My, Polacy czekaliśmy sześć tygodni, niektórzy ryzykowali na własną rękę wracać, lecz przeważnie wpadali w ręce Rosjan i goli wracali z powrotem, co nas bardziej zniechęcało do powrotu, ale kiedy ogłoszono, że możemy jechać do Polski, to wszyscy się zgłosili. Teraz Amerykanie, każdego osobiście zaprowiantowali na trzy dni i ciężarówkami wywieźli nas na stację kolejową 12 km od Lineu. Tu były już podstawione wagony bydlęce, urządzone piętrowo i trochę barłogu i eskorta rosyjska. Na ten widok prawie połowa się wróciła. Pozostałych rozlokowano w wagonach po 25 ludzi, tj.: pięcioro na podłodze, pięcioro na piętrze, po drugiej stronie to samo i na wprost drzwi pięcioro. W naszym wagonie znalazły się dwie kobiety. Mnie przypadło być komendantem tego wagonu. Wieczorem pociąg ruszył. Zajechaliśmy do Bratysławy, postawili pociąg na fabrycznym ślepym torze, a lokomotywa odjechała. Stoimy dzień, tydzień, zaczynamy się niecierpliwić, a nasi opiekunowie powiadają: niet maszyny. Prowiant amerykański się skończył, wyciągamy, co kto miał i wymieniamy na chleb, ale i to się wyczerpało. Zaczyna bractwo uciekać. Słowacy idą na rękę i chętnie pomagają w ucieczce, Po dwóch tygodniach wszyscy idziemy na stacje. Służba kolejowa każe nam zaczekać, za dwie godziny przyjedzie pociąg i będzie jechał w stronę Polski, więc czekamy, a tu Rosjanie urządzili obławę i z powrotem zapędzili do wagonów. Tu sporządzili nowy spis i zaprowiantowali nas na trzy dni, dali pół krowy, ale bez mięsa, same gnaty, 50 kg mąki razówki na chleb, 50 kg kaszy jęczmiennej i parę kilogramów cukru, który przeznaczono dla dzieciaków, bo jechało ich z nami około 20. Wszystko podzielono na wagony, a komendant wagonu na swych ludzi. Mąka i kasza garnuszkiem dała się podzielić, tylko kłopot był z gnatami. Ktoś z naszego wagonu zdobył stary kociołek od prania, więc kaszę i gnaty podzieliliśmy na trzy. 1/3 ugotowaliśmy i udał się niezły krupnik, którym dopiero się podzieliliśmy.. Następne dni, tak samo, a mąkę w piekarni wymieniano nam na chleb. Kiedy w wagonach czekaliśmy na wyjazd, to którejś nocy, ruska chołota napadła na nasze kobiety. Powstał krzyk, płacz i z trudem udało się nam ich przepędzić. Kobiety z dziećmi były zalokowane w oddzielnych dwóch wagonach i taką miały przygodę. Wreszcie lokomotywa przyjechała i za dwie godziny mamy odjeżdżać. Okazało się, że maszynista i jego pomocnik są Warszawiakami. W czasie rozmowy z pomocnikiem, dowiedzieliśmy się, że jego szef pod wpływem alkoholu dobrze jedzie, gdybyście mogli dać mu pół litra wódki, to na rano będziecie w Dziedzicach (Polski punkt repatriacyjny). Za co teraz wódki kupić?. Jeden podał myśl, mamy jeszcze trochę cukru, spróbujemy za cukier kupić i udało się. Maszynista dostał wódkę i za parę minut ruszył. W drodze nasi opiekunowie, którzy nas eskortowali zarządzili rewizję, szukali broni, ale zabierali, co im się podobało, lepsze buty, ubranie, bieliznę, to germanowskoje. Mnie nic nie wzięli, bo nie miałem nic wartościowego. Rano byliśmy już w Dziedzicach. Tu nas mile przyjęto, dano nam śniadanie, po śniadaniu fotografia i opis każdego. Trwało to prawie cały dzień. Obiad, kolacja i spać. Na rano każdy dostał dokument z fotografią na dowolny przejazd w kierunku, jaki podał, wszelkimi środkami lokomocji. Teraz każdy jechał na własną rękę. Niedzielak, Nycek i ja trzymamy się razem. Na stacji pytamy o pociąg w stronę Kutna, więc go nam wskazano, wsiedliśmy. Okazało się, że wcale nie w tym kierunku jedziemy, więc wracamy. Nadjeżdża pociąg o który nam chodziło, ale przeładowany, przeważnie wojskiem i trochę cywilami, a tu sporo pasażerów czeka, każdy chce wsiąść. Jednemu panu z większą walizką podają Ruski rękę i mocno ciągną, a inny, z ziemi ciągnie za walizkę. Właściciel mocno trzyma i krzyczy, tamten go nożem przez rękę, musiał puścić. Walizka przepadła, wtenczas właściciela puścili, a ten zameldował na stacji o zajściu. Zawiadowca zatelefonował do Kutna, a pociąg ruszył. Nie dojeżdżając do Kutna, w szczerym polu, pociąg się zatrzymuje. Jakieś 50 metrów od toru ustawiony karabin maszynowy, a przy nim około 20 żandarmów polskich. Byli poinformowani, który to wagon, wzywają poszkodowanego i żołnierza, który walizkę zabrał. Poszkodowany się zgłosił ze skaleczoną ręką, a zamiast sprawcy, wywaliła się kupa wojska z pepeszami, a żandarmerie nawalają, tylko stanowczo żądają sprawcy, obiecując, że spiszą protokół i sobie pojedzie, a Ruski wydania go odmawiają. Żandarmi nie ustępują, zapowiada się na strzelaninę, a my, na dachu wagonu, bo do środka nie można było się dostać, więc jechaliśmy na dachu. Teraz mamy wielkiego stracha, ale Ruski się namyślili i sprawców dali, a pociąg gwizdnął i pojechał. Do Kutna przyjechaliśmy bez przygód, przesiedliśmy się do innego pociągu i jedziemy do Radziwia.

W Płocku most zerwany. Przewozi nas specjalny prom. Jesteśmy w Płocku. Idziemy pod górę po schodkach. Tu, pod kasztanem stryjenka Elżbieta z wnuczką ma mały kramik ze słodyczami. Po przywitaniu zaproponowano nam byśmy zostawili walizki, a z domu ktoś przyjedzie koniem i je zabierze. Chętnie się na to zgodziliśmy. Umówiliśmy się z kolegami, że walizki ich będą u mnie i w dogodnym czasie, każdy swoją zabierze. Wróciłem do domu

fragment pamiętnika K. Cholewińskiego

Powrót do domu komentarze opinie

Dodajesz jako: Zaloguj się

SPOŁECZNE, MIASTO PŁOCK - więcej informacji